Ola Markiewicz-Wright - Trefl

PolskiKosz.pl | Dziewczyny drużyny | 19.05.2011, 21:40
W kolejnym odcinku "Dziewczyny Drużyny" przedstawiamy Aleksandrę Markiewicz-Wright, dziewczynę tańczącą na meczach Trefla Sopot. Zaczynała od gimnastyki artystycznej, co okazało się niezbędne w karierze cheerleaderki. Zapraszamy do przeczytania wywiadu, z którego dowiecie się między innymi dlaczego nie warto robić salta na piasku.

Fot. Prywatne Archiwum

Ile miałaś lat, gdy zaczęła się Twoja przygoda z tańcem? W jaki sposób dołączyłaś do grupy cheerleaders?

Miałam 8 lat kiedy zaczęłam uczęszczać na lekcje gimnastyki artystycznej. Pewnego dnia mama zabrała mnie do Pałacu Młodzieży w Gdyni i bardzo mi się spodobało to co tam wtedy zobaczyłam. Taniec, upiększony ruchami wstążek, wykonywany przez zgrabne, powabne, piękne, elastyczne i pełne wdzięku dziewczyny. Od razu podjęłam decyzję, że chcę się tego jak najszybciej nauczyć. Pierwsza lekcja, jak to zwykle bywa - łatwo, miło i przyjemnie. Dopiero później zaczęła się prawdziwa praca, rozciąganie - bolało, a jedyna metoda: na siłę, bieganie, wytrzymałość, akrobatyka, balet, najpierw układy tańczone w rytm muzyki bez przyborów, następnie powoli włączane były przybory, w pierwszej kolejności skakanka, obręcz i piłka, a na końcu, to o czym marzyła każda gimnastyczka: wstążka i maczugi. Tak, te dwa przybory cieszyły się „największym oczekiwaniem”. Przeżyłam całe dzieciństwo tańcząc (zresztą razem z moimi obecnymi cheerleaderkami z trójmiasta): obozy, wyjazdy, zawody. Gimnastyczki artystyczne bardzo wcześnie zaczynają trenować, mając 4-5 lat, ale też bardzo szybko kończy się ich kariera. Gdy skończyłam gimnastykę jedna z trenerek wpadła na świetny pomysł utworzenia grupy tanecznej, z wszystkich byłych gimnastyczek artystycznych. Dziewczyny miały występować na meczach koszykówki Trefla Sopot, jako cheerleaderki… Wow, co to takiego? Nikt wtedy jeszcze w Polsce nie słyszał o takim „tworze”, ale było amerykańsko [śmiech]. Doskonale wykorzystany potencjał dziewcząt przygotowanych do występów przed publicznością - gibkie, wysportowane, uśmiechnięte, pełne energii. Jedyne nad czym wtedy pracowałyśmy to taniec. Miałyśmy wielu choreografów: mężczyźni, kobiety. Szybko wypracowałyśmy się w tańcu. W chwili obecnej tworzymy niezłą mieszankę akrobatyczno-taneczną i to daje efekt. Zamiłowanie do ruchu pozostało.

Co czujesz, gdy kilka tysięcy par oczu - głównie męskich - obserwuje Wasze ruchy w meczowych przerwach?

Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale nigdy nie traktowałam tańca jako „elementu pokazowego”. Chociaż wytrenowana do tego zostałam już jako gimnastyczka. Taniec zawsze traktowałam jako coś tylko dla siebie. Element patrzenia, obserwacji tańca, być może podziwiania go przez innych, jest dla mnie drugoplanowy. Brzmi to trochę egoistycznie, ale tańczę głównie dla siebie. I jeżeli zdarzy się, że komuś się to podoba, ktoś obserwuje i ktoś znajduje w tym piękno i radość, podobną do tego kiedy ja obserwuję taniec innych, to nie ma lepszego komplementu.

Taniec zapewne nie jest Twoją jedyną pasją. Co Cię zajmuje na co dzień?

Mam tyle zamiłowań… Ale moja kariera zawodowa, związana jest z jednym tematem: fundusze unijne. Pracuję przy projektach współfinansowanych z funduszy unijnych, związanych z rozbudową portów morskich i systemów informatycznych. Ostatnio zaangażowałam się w projekty międzynarodowe, w chwili obecnej staram się o nawiązanie współpracy z Chinami.

Przez kilka lat występów na pewno zdarzyły się jakieś zabawne historie podczas tańca. Co wspominasz najmilej?

Hahaha, oj, tak. Te najśmieszniejsze dla mnie, zwykle nie są najśmieszniejsze dla trenerów i nie służą pozytywnemu wizerunkowi zespołu. Generalnie, mam teraz na myśli wpadki podczas układów, nie żeby było ich wiele, ale być może nie powinnam się zdradzać. No może chociaż przykład niewinny jak koleżanka przetańczyła cały mecz w dwóch lewych butach. Zwykle mamy kilka par butów tanecznych w kolorze czarnym, więc trafiło się, że zabrała akurat 2 lewe od dwóch różnych par. Zdarzyła się też wpadka, którą nazwałabym tą na pewno zauważoną przez wszystkich, czyli taki najgorszy wg mnie rodzaj. Zdarzyło nam się to tylko jeden raz ;) Na szczęście była to niewielka impreza, bardzo miła atmosfera i weseli ludzie: siatkówka plażowa, słoneczko, plaża i cheerleaderki, które nigdy wcześniej nie tańczyły na piasku i nie zdawały sobie sprawy, że wybicie się do salta na piasku nie jest równe wybiciu się na parkiecie. Tak więc podczas układu, wszystkie 8 dziewcząt, jak jeden, bum w powietrze, a tu nic, głowa na dole, nogi u góry i ani rusz dalej. Wszystkie runęły na piasek, oczywiście wszystko z pełną gracją. Nasza spontaniczna reakcja jednak tak się spodobała publiczności, że klaskali i uśmiechali się, a komentator stwierdził, że najbardziej podobał mu się „podskok z przyziemieniem”. Każdy taki przypadek uczy, ale, do wszystkiego trzeba podejść z dystansem, wszyscy się dobrze bawili, a nam nigdy więcej już się to nie przytrafiło i regularnie co rok tańczymy na meczach siatkówki plażowej… już bez „przyziemienia” ;)

Pamiętasz swój pierwszy występ podczas meczu?

Oj pamiętam. Czułam się wyśmienicie. Głównie dlatego, że po raz pierwszy wychodziłam na parkiet wiedząc, że nie będę oceniana przez jury. Czy mogło być coś wspanialszego niż robienie tego co się uwielbiało, a do tego robienie tego dla samej siebie, najlepiej jak się potrafi, a nie dla not? Tańczyłam też w gronie gimnastyczek które znałam od lat, mówiłam sobie: pomyśl, że to nic innego jak „zbiorówka” gimnastyczna i to bez jury.

Kibice znają Cię przede wszystkim z meczów koszykówki. Interesujesz się koszykówką? Czy sport nie miał żadnego wpływu na Twoją decyzję o dołączeniu do zespołu cheerleaders?

Trudno nie interesować się koszykówką, jeżeli uczestniczyło się i obserwowało mecze, co najmniej dwa razy w tygodniu, przez tyle lat. Lubię atmosferę meczy, szczególnie kiedy są to mecze ciekawe, jeżeli walczą dwie drużyny będące na podobnym poziomie i do końca nie wiadomo kto wygra.

Co cię pasjonuje w koszykówce?

Zespołowość i przejrzysta punktacja wygrywa lepszy, czyli ten kto zdobędzie więcej punktów. W gimnastyce noty są płynne, oczywiście są ogólne zasady, ale wiele zależy od osobistej interpretacji.

Twój ulubiony koszykarz to...

Nie nazwałabym tego „ulubieniem”, ale myślę, że bardzo duże postępy poczynił w ostatnim sezonie Adam Waczyński. Cieszę się, że mamy zdolnych polskich graczy takich jak Filip Dylewicz. Ale nie sposób nie pamiętać też o sławach ostatnich lat, które przez długo gościły na „pomorskich” parkietach i reprezentowały sopocką drużynę: Maskoliunas, Vrankovic, Pacesas.
 
do góry

Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!